
Chciałabym podzielić się historią swojej nocnej podróży. Podróży, która choć miała miejsce dość dawno temu, ponad dwa lata, to pozostawiła po sobie ślad, przede wszystkim bliskości i obecności przy mnie Pana Boga.
Mówi się często o szczególnym wyczuwaniu obecności Pana Boga podczas Pielgrzymki i jest to fakt, który też potwierdzam. Dla mnie 1-15 sierpień jest to Święty Czas w moim życiu, taka jakby dwutygodniowa, wyjątkowa kąpiel w Świętości, podczas której w szczególny sposób czuję Jego obecność i w której wszystko, nawet powietrze pachnie Bogiem... Te dwa najpiękniejsze w ciągu roku tygodnie, spędzone przede wszystkim z Nim, potem promieniują z mego wnętrza przez cały rok w jakiś dla mnie samej niepojęty sposób...
I gdy kończy się ten piękny czas Pielgrzymowania i wracam do zwykłej, szarej codzienności, On również w sposób wyjątkowy bardzo często pokazuje mi swoją obecność. Tak było m.in. podczas tej mojej pamiętnej podroży. Na pozór, niby nic szczególnego nie wydarzyło się.
A jednak, Pan Bóg ciągle mnie czymś doświadcza i w tej drodze też mnie nie oszczędził...
Następnego dnia po powrocie, gdy byłam już w domu, ksiądz Marek Jaśkowski podsumował tę moją podróż słowami:
"Piękna historia nocnej podróży"
Dlaczego właśnie ksiądz Marek? Ponieważ on trochę wie o tej mojej podróży.
W pewnym sensie też brał w niej udział.
Z racji wykonywanego zawodu zdarza mi się odwiedzać moich klientów. Tym razem w delegację wybrałam się do firmy z siedzibą w Częstochowie, pociągiem.
Jadąc do Częstochowy w ogóle nie przypuszczałam że coś przeżyję, czegoś znów doświadczę. Pojadę, spotkam się z klientami, tradycyjnie pójdziemy na jakiś obiad. Potem, wieczorem pójdę na Jasną Górę, pomodlę się, a następnego dnia wrócę do domu i to wszystko. No i tak się zaczęło.
Z klientami spotkałam się. Było bardzo sympatycznie. Pojechaliśmy do Olsztyna na obiad, potem odwieźli mnie do hotelu.
Przed 17-tą byłam już na Jasnej Górze. A jakże by inaczej !!!
Będąc w Częstochowie nie potrafiłabym ominąć tego miejsca...
Modliłam się przez 5 godzin. Siedziałam w głębokim skupieniu. Mocno czułam, że w konfesjonale czeka na mnie Pan Jezus. Nie wiedziałam w którym, nie wiedziałam, czy dziś, czy jutro, ale cały czas to czułam, że na mnie czeka, nie ksiądz tylko sam Pan Jezus. Nigdy wcześniej w swoim życiu nie miałam takiego uczucia, nigdy tak nie przeżyłam spowiedzi i odchodząc od konfesjonału nie płakałam ze wzruszenia. Była to wyjątkowa spowiedź.
Modląc się, poprosiłam Maryję aby pokazała mi w którym konfesjonale czeka na mnie Jej Syn, żeby zaprowadziła mnie do Niego. Było już dosyć późno. W Kaplicy modliło się zaledwie kilka osób. Tak po ludzku mogłam się tylko domyślać, że o tej porze i na dodatek w dniu powszednim, nie będzie już w konfesjonale żadnego spowiednika. Wstałam i powoli zaczęłam przechadzać się wzdłuż prawie zupełnie opustoszałej już Kaplicy. Gdybym polegała na rozsądku swego umysłu zapewne nawet nie wstałabym z ławki, by nie być śmieszną, by o tej porze szukać spowiednika, lecz ja doskonale wiem, że działanie Pana Boga wykracza o wiele bardziej ponad nasz umysł, ponad to co niekiedy sami chcielibyśmy sobie poukładać w naszych głowach.
Szłam bardzo powoli w skupieniu patrząc na kolejno mijane puste konfesjonały...
Bardzo ucieszyłam się gdy zauważyłam, że w jednym z nich ...czekał na mnie.
Uklękłam. Najpierw powiedziałam o sprawach, które mnie ostatnio dręczyły... Pan Jezus, przez usta kapłana rozwiał we mnie wszelkie wątpliwości... i dodał: Nie widzę twojej winy ani grzechu.
Potem mówiłam dalej, opowiedziałam pewną sytuację, która wzbudziła we mnie dużo wewnętrznego gniewu. Chciałam uwolnić się od tego, bo sama nie wiedziałam czy siedzi we mnie jakieś zło. Gdy skończyłam, Pan Jezus przez usta kapłana odpowiedział mi: Nie widzę w tobie grzechu. Na te słowa popłynęły mi łzy.
Potem jeszcze bardzo długo modliłam się.
Ok. 23 wróciłam do hotelu. Wyciszona wewnętrznie, szczęśliwa po wspaniałym minionym dniu.
Następnego dnia z rana już tylko na godzinkę zaszłam na Jasną Górę a potem szybko na dworzec.
No i zaczęło się...
W informacji powiedziano mi, że pociąg którym miałam jechać jest odwołany, następny będzie za 2 godziny a w W-wie mam tylko 10 minut na przesiadkę do Terespola. Więc, jeżeli będzie opóźniony to całą noc do 7 rano będę musiała czekać na dworcu. Siedziałam na peronie, naiwnie wierząc w to, że przecież pociąg pośpieszny nie może opóźnić się dłużej niż 10 minut i że na pewno zdążę. Siedząc na tym peronie usłyszałam kolejną informację:
Pociąg z Wisły do W-wy przyjedzie z opóźnieniem ok.15 minut, opóźnienie może ulec zmianie.
No tak pomyślałam, jak zaraz przyjedzie to po drodze może trochę nadrobi zaległe opóźnienie i zdążę na ostatni pociąg do Terespola. Jeszcze miałam nadzieję. Ale jak pani przez megafon zapowiedziała, że opóźnienie zwiększyło się do 45 minut, to już nie miałam złudzeń, że nadchodzącą noc spędzę na dworcu w Warszawie...
I nie zmniejszyło się, tylko zwiększyło do dwóch godzin. Więc już wyjeżdżając z Częstochowy wiedziałam, że całą noc spędzę na dworcu w W-wie.
Jadąc pociągiem byłam tym lekko zaniepokojona. Jak tam wytrzymać na tym dworcu... Co robić do rana...
Dobrze znam realia dworców warszawskich. Ale nie rozmawiałam o tym z Panem Bogiem. Nikomu, ani Jemu, ani sobie nie robiłam wyrzutów, że coś tam mi się nie układa. Po prostu w milczeniu poddawałam się sytuacji w jakiej się znalazłam, bez zbędnych słów czy ocen. Jeżeli tak ma być, to tak będzie. Poddawałam się tej sytuacji z ogromną wewnętrzną pokorą, ale z minuty na minutę im bardziej zbliżałam się do Warszawy, tym bardziej zaczynało ogarniać mnie przerażenie.
W końcu zaczęłam w myślach szukać jakichś rozwiązań na tę noc, aby tylko nie na dworcu.
Dojeżdżałam do Skierniewic. No tak, pomyślałam, przecież Michał, nasz zaprzyjaźniony ksiądz, ma tu znajomą rodzinę. Bardzo chętnie wysiadłabym, przenocowała u nich i rano pojechała dalej. Ciekawe co to za ludzie? Muszą być na pewno fajni i dobrzy... Dlaczego ich nie znam, dlaczego poznam ich dopiero 29 lipca... Dlaczego dopiero za dwa tygodnie będą gościć w naszym domu z Michałem... Gdybym już ich znała, na pewno pomogliby mi.
Ale przecież do Michała nie zadzwonię, bo nie wypada...
Gdybym to ja miała komuś pomóc poświęciłabym siebie i oddała cały świat, ale samej prosić o pomoc nie jest łatwo...
Pociąg zatrzymał się na stacji Skierniewice i ...odjechał ze mną.
Dalej szukałam w myślach kogoś kto by mi mógł pomóc. Szukałam pomocy najpierw wśród ludzi, nie u Pana Boga. Zadzwoniłam do męża i uprzedziłam, że przyjadę rano. Już mu nawet nie mówiłam o której, nie chciałam żeby jechał po mnie do W-wy samochodem z pękniętą przednią szybą.
Potem pomyślałam, że najchętniej spędziłabym tę noc w jakimś kościele, tylko czy w ogóle jakiś w Warszawie jest otwarty całą noc...
Kogo zapytać? Kiedyś przed laty miałam taką sytuację i spędziłam całą noc w kościele. Więc, dlaczego nie teraz.
Tylko, kto mi teraz powie czy i który kościół w stolicy jest w nocy otwarty, pewnie żaden, ale może...
Michał zaszył się gdzieś na końcu świata w Mikaszówce, ma teraz ciszę nocną i pewnie już śpi, więc dzwonić nie wypada, ale jest jeszcze ktoś taki jak ksiądz Marek, który może coś wiedzieć na ten temat.
Więc wysłałam do niego smsa z takim nietypowym pytaniem. Odpowiedzi nie dostałam do dziś. Domyśliłam się tylko, że żaden kościół nie był otwarty.
Ks. Marek troskliwie zapytał mnie tylko czy ma zorganizować mi jakiś nocleg.
Ach, mój Boże, co miałam mu odpisać, że czuję się bezradnie jakbym stała sama na końcu świata...
Nie chciałam robić nikomu kłopotu swoją osobą. Oczywiście podziękowałam, odpisałam, że absolutnie nie i pożegnałam się z nim.
W niedługim czasie wylądowałam na dworcu centralnym... Byłam przerażona w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Każda minuta czekania rozdłużała się w wieczność. Czas płynął przeraźliwie powoli.
Nie było gdzie usiąść, wszędzie leżeli, chodzili lub siedzieli bezdomni, przy których niestety nie dało się usiąść. Podróżnych było coraz mniej. Chodziłam ok. dwóch godzin po peronach i hali dworcowej z przerażeniem patrząc na tych, których domem jest dworzec. Bolały mnie nogi, byłam zmęczona, nie było gdzie usiąść, a do rana jeszcze tak daleko.
Robiło mi się coraz bardziej zimno. Nie byłam absolutnie przygotowana na taki scenariusz, nie miałam przy sobie żadnych cieplejszych ubrań. Zaczęłam szukać jakiegoś miejsca gdzie przesiedziałabym do rana. Poszłam na poczekalnię, tam przynajmniej nie będzie przeciągów i może trochę cieplej niż w tej hali dworcowej. Na poczekalni nie było podróżnych tylko potworny zapach i ok. 15 śpiących na ławkach bezdomnych, obok jacyś narkomani. Wyszłam stamtąd i wróciłam do holu dworcowego gdzie było bardzo zimno i duży przeciąg bo drzwi z jednej i drugiej strony były otwarte. Zobaczyłam wolne miejsce na takiej ławeczce bez oparcia. Usiadłam. Gdzieś w pobliżu, z tyłu musiał siedzieć jakiś bezdomny, dookoła rozchodził się specyficzny tym ludziom zapach. Czułam swoją bezradność wobec tej sytuacji w jakiej się znalazłam to, że nie ma już nikogo, kogo mogłabym prosić, sama nie wiem o co, choćby o zwykły samochód pod dworcem by w nim spędzić tę przeraźliwie długą noc.
Rozglądałam się bezwiednie po ludziach, wypatrując sama nie wiem czego. Gdybym wtedy np. zobaczyła ks. Marka, rzuciłabym się mu z radości w ramiona, bez względu na to kim jest. I już nie mówiłabym, że nie potrzebuję pomocy. Ale Pan Bóg oddalił ode mnie wszystkich ludzi, pozostawił samą, przerażoną, zmarzniętą i dał mi do zrozumienia i przypomniał, że jeszcze On jest, że jeszcze Jego nie prosiłam o pomoc...
Siedziałam tak na tej ławeczce w głuchym milczeniu i obserwowałam przechodzących bezdomnych. Ich nieludzko powykręcane lub trzęsące się ciała, bez bagażu, bez środków do życia, bez domu...
Zaczęłam bardzo modlić się za nich. Mimo tego, że minęły już dwa lata od tej pamiętnej nocy, twarze tych biednych, bezradnych ludzi pozostały gdzieś głęboko w moich myślach zapamiętane. Siedząc tam wtedy, zaczęłam ciągle powtarzać Panu Jezusowi te same słowa: Pomóż mi, pomóż mi, pomóż mi... i tym wszystkim biedakom też.
Siedziałam tam zmarznięta, przerażona i już zrezygnowana z otrzymania pomocy od kogokolwiek ze znajomych mi osób.
Został mi tylko mój Bóg...
Myśli miałam czyste i choć były pełne lęku, nie było w nich cienia złości czy wyrzutów, że znalazłam się w takiej a nie innej sytuacji. Pokornie przyjmowałam każdą kolejną minutę tego trwania w bezradności.
Bezwiednie rozglądałam się po reklamach wyświetlanych na ścianach dworca, po twarzach nielicznych podróżnych, których ilość zmniejszała się ze względu na późną porę. Miałam w sobie bezradność, przerażenie i przeogromne współcierpienie z bezdomnymi ludźmi...
Czas jakby stanął w miejscu. W każdej cząstce swego umysłu czułam perspektywę tej nadchodzącej, przeraźliwie długiej nocy.
Dochodziła północ. Modlitwa mego serca była prosta, cicha i bardzo szczera. Czułam bliskość Pana Boga, to że jest przy mnie i mnie słucha. Jednak nie liczyłam na żaden cud, bo cóż mogłoby zmienić sytuację, w której się znalazłam. Tak na dobrą sprawę nic. Sama nie wiedząc w jaki sposób mógłby mi pomóc, ciągle powtarzałam Mu: Pomóż mi...
I pomógł, gdy tylko usłyszał moje słowa, gdy tylko oddałam Mu swoją bezradność, pokornie przyjmując sytuację w jakiej znalazłam się. On zawsze mnie słucha, zawsze jest tuż obok...
Przyszedł mi z pomocą szybciej niż mogłam się tego spodziewać.
Po mojej prawej stronie była tablica informacyjna gdzie co chwilę wyświetlały się godziny odjazdów pociągów. Absolutnie mnie nie interesowała gdyż pociąg, na który czekałam miał być dopiero o siódmej rano. Więc od swego dwugodzinnego pobytu na tym dworcu nawet nie spojrzałam w tamtą stronę.
Jednak rozglądając się, w pewnej chwili odwróciłam głowę i wzrok swój skierowałam właśnie tam. Zupełnie bezwiednie spojrzałam w tamtą stronę, a właściwie na tą tablicę, no i zobaczyłam na niej zbawienną informację:
Moskwa przez Terespol 0.04 Expres.
Równie dobrze Pan Bóg mógłby odwrócić mój wzrok w tym czasie w inną stronę, choćby przez 10 minut, lub moją uwagę skoncentrować na czym innym, tak by wzrok mój nie zauważył tego co było dla mnie w tym momencie zbawienne. Ale On właśnie tak ułożył całą sytuację, według Swego scenariusza, któremu ja zawsze pokornie poddaję się. Natychmiast wstałam. Poszłam do informacji zapytać czy tym pociągiem mogłabym zabrać się do Terespola. Jednak pani, z lekkim ironicznym uśmiechem odpowiedziała mi krótko. Absolutnie nie, ponieważ ten pociąg nie jest dostępny w komunikacji krajowej a przede wszystkim ma zagraniczną obsługę konduktorską, która na pewno mnie nie zabierze, na dodatek bez biletu międzynarodowego.
Mimo to poszłam na peron. Zaraz przyjechał ten pociąg. W pierwszym wagonie nawet nie chciano ze mną rozmawiać, w drugim też, więc szłam dalej nie rezygnując do następnego, prosząc a za mną jakieś dwie rodziny, które chciały zabrać się do Brześcia. Pociąg miał już odjazd. W oddali, na początku peronu świeciło się już zielone światło sygnalizatora. A ja tłumaczyłam po rosyjsku kolejnej, białoruskiej konduktorce, która mnie wcale nie słuchała, że chciałabym zabrać się do Terespola.
Nagle, ku memu zdziwieniu, z tyłu za sobą usłyszałam jakiś męski głos: Pani dokąd?
Do Terespola. Odpowiedziałam, już o nic nie prosząc, niczego nie wyjaśniając.
Pan, który zadał mi to pytanie, dodał tonem spokojnym ale stanowczym:
Proszę wsiąść do pociągu. I poszedł dalej wzdłuż peronu. Nie wiem kim był ten człowiek i już nigdy nie dowiem się. Czy należał do drużyn konduktorskich, czy może prowadził ten pociąg... Któż to wie? W pociągu relacji Berlin-Moskwa raczej cała obsada nie jest polska a on był Polakiem. Jedno jest pewne, gdyby nie pojawił się wtedy, przez zaledwie mgnienie, tuż za moimi plecami, nikt inny nie pozwoliłby mi wsiąść do tego pociągu. Nie stawiam sobie pytań, kim był ten człowiek i co robił właśnie wtedy tuż za moimi plecami. Nigdy też nie postawię sobie pytania dlaczego tylko mnie zabrał z tego peronu, bez ważnego biletu, bez najmniejszego prawa do podróży tym pociągiem...
Nie stawiam pytań, bo zbyt dobrze znam odpowiedź, od Kogo był ten człowiek...
Wsiadłam w milczeniu, za mną tamte dwie rodziny. Białoruska konduktorka, która prowadziła ten wagon, zachowywała się tak jakby mnie w ogóle nie było, ani w trakcie przyjazdu, ani po odjeździe pociągu. Nie odezwała się do mnie słowem, natomiast tym dwóm rodzinom, które wsiadły za mną do pociągu kazała niestety wysiąść.
Było mi ich bardzo szkoda, że zostali na peronie, ale myślę że oni nie modlili się wcześniej...
Pociąg ruszył. Czułam się jakbym wracała do ziemi obiecanej z wygnania... Już tylko dziękowałam Panu Bogu, że mi pomógł i modliłam się za tych co zostali na dworcu, za tych co nie mają gdzie wracać, za tych, którzy mają tam swój dom...
I tak skończyła się moja podróż, która jak następnego dnia napisałam ks. Markowi pozostawiła we mnie żywy ślad, gdyż teraz w swoich modlitwach nie potrafię pominąć bezdomnych.
Od tamtej pamiętnej nocy, każdego dnia, na Różańcu i Koronce do Miłosierdzia Bożego, polecam Panu Bogu również ludzi bezdomnych... każdego dnia...
Kto wie, może właśnie tego oczekiwał ode mnie Pan Bóg, stawiając mnie na tym dworcu samą i bezradną pośród nich.
A może po to też, bym dzieliła się swoimi doświadczeniami z innymi ludźmi. Bym pokazała jak wielki może być Bóg w chwilach bezradności ludzkiej, kiedy wydaje się nam czasami, że już nic nie da się zrobić lub że już wszystko stracone, to zupełnie inaczej jest po Bożemu.
Kto wie, być może taki był Jego zamysł... Kiedyś osobiście zapytam Go o to...
Jedno jest pewne, Pan Bóg jest Wielki ...i niesłychanie dobry!!!
Renata S.